Cześć.
Jakiś czas temu jak już pisałem miałem przyjemność zobaczyć szpital od strony pacjenta. Poleżałem sobie nieco na hematologii. Troszkę mnie tam badali, leczyli. Często w trakcie rozmów z personelem mówiono "a to pan jest z ajtipi". Wierzyłem że mnie nie obrażają ;-). Teraz już wiem że chodziło o ITP, czyli pierwotną małopłytkowość autoimmunologiczną. Na szczęście nie jest tak źle jak brzmi i nie ma podłoża w postaci innego syfu!!! Otóż mój organizm zbyt szybko niszczy płytki krwi przez co wszelkie krwotoki są u mnie trudniejsze do zatamowania. O ile? - to w zależności od ilości płytek. Niestety przy dużych ranach i co gorsza krwotokach wewnętrznych robi się poważniej, ale cóż tak już mam :-).
Pisze o tym wszystkim nie dlatego aby się chwalić, żalić, czy oczekiwać współczucia. Sprawa jest znacznie bardziej banalna- dbam o swoje 4 litery. Tak jak cukrzyk, epileptyk czy ktoś inny informuje o swojej chorobie, tak również ja.. Aby w razie "w" ktoś kto by mi pomagał wiedział czego może się spodziewać i jak reagować- poza tym nie będzie przykrego zaskoczenia że przecież powinno już nie krwawić a nadal kapie ;-).
Chciałbym Wam też opowiedzieć o innej historii ze szpitala. W drugim dniu pobytu zaproszono mnie z zaskoczenia do gabinetu zabiegowego Usadzono na leżance, potwierdzono dane. Jacob wyluzowany gada z personelem po czym słyszy prośbę o podpisanie zgody na pobranie szpiku....CO?!!??! Żałuje że nie mogłem zobaczyć swojej miny. Cóż, podpisałem- z zaskoczenia mnie wzięli. Ułożyli na boku, zdążyłem jedynie zapytać czy jakieś znieczulenie chociaż będzie. Powiedziano że miejscowe i nie będzie bardziej boleć niż mój tatuaż, na którego temat zaczęli mnie zagadywać. Musze przyznać że trwało to może z 3 minuty i bardziej bolało znieczulenie niż pobranie. Jedynie przy pobraniu czuć przez chwile takie lekkie ciągnięcie. Szpik pobierano mi z biodra.
Gdyby ktoś jeszcze zastanawiał się czy zostać dawcą szpiku, czy boli, jak się pobiera to już wie ;-). Pewnie to nie to samo, ale zawsze jakiś pogląd sytuacji ;-).
Korzystając z dosyć dobrej pogody nawet udało się wyjść na wspólny spacerek.
Co prawda nie był za długi, ale razem- to najważniejsze.
Wracam. Wracam powoli do życia oraz tego co robiłem przed przerwą. Trwała ona ponad miesiąc, ale nie robiłem dosłownie nic. Przede wszystkim wracam do starych nawyków żywieniowych. Problemem jest nieco lek który biorę- cholernie wzmaga apetyt i to na to co najgorsze. Jeszcze trochę pracy przede mną ale plan już jest. Zaczynam nawet panować nad wpiep.....aniem. W tym tygodniu włączyłem też trochę ćwiczeń. We wtorek udało mi się zrobić nawet brzuszki 5x15, pompki 5x10 i drążek 5x5. W czwartek poskakałem na skakance (pierwszy raz chyba od w-fu w podstawówce) 3x3 minuty. Po skakance chciałem powtórzyć ćwiczenia z wtorku, ale takie miałem zakwasy na brzuchu że nie mogłem zrobić nic. Zastałem się jak T54 porzucony po wojnie. Ale spokojnie i powoli robię kroki naprzód. Małe, ale sukcesywnie do przodu. W sobotę wybrałem się na bieganie. Musze się pochwalić- posłuchałem jak nigdy Kasi i nie przesadzałem. Zrobiłem sobie 3,5 km w 28 minut. Nawet z ciekawości przeprosiłem się z pulsometrem ;-). Super się biegło, truchcikiem, nózia za nózią, lekki mrozik. Bajka. Co prawda nogi mnie dziś bolą ale i tak było super.
Słowem- powrót do formy czas zacząć (a już są pewne plany biegowe).
A tak z innej beczki. Kasia cały czas jeździ do/z pracy na rowerze (nie- nie zabrałem jej auta ;-)). Dni coraz krótsze i okazało się że jej dotychczasowe oświetlenie troszkę jest za słabe. Z tylną lampką nie było problemu, ona daje tylko to że cię widać i to zadanie spełniania.Natomiast przednia do tego musi jeszcze oświetlać drogę a tu już nie było tak super. Pojechałem więc do sklepu. Pan stwierdził że takie latarki, które może polecić to tak od 200pln. Nie napisze co pomyślałem, ale postanowiłem sam zagłębić się w temat. Poza testami i porównaniami oraz danymi technicznymi sięgnąłem do strony naszego rodzimego producenta, czyli Mactronic-a. Kiedyś miałem przyjemność korzystania z ich czołówki i bardzo przypadła mi do gustu. Teraz wybór padł na latarkę o nazwie Scream 300lm. Może służyć zarówno jako latarka ręczna jak i na rower. Daje mocny i dosyć szeroki snop światła. Kasia jest bardzo zadowolona. Opis możecie znaleźć na stronie, natomiast co ważne. Wg producenta czas pracy na 100% mocy wynosi 1,5h. W praktyce chyba było trzy razy dłużej zanim faktycznie zaczęło słabnąć światło. Warto jednak przy czymś takim wyposażyć się w akumulatorki z ładowarką. Mnie udało się ją kupić za niecało 100pln. Czy warto- moim zdaniem tak:
-dobrze świeci
-wytrzymała
-odporna na uszkodzenia.
Myślę ze spokojnie posłuży ładnych parę lat (za ten wywód nikt nie płacił ;-)).
Do zobaczenia i nie odpuszczajcie outdooru mimo mrozików.
"Te chwile chce pamiętać gdy nadejdzie moja senna puenta Chciałbym wiecznie czuć tak wiele magii jak Tolkiena legenda."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieganie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 listopada 2016
wtorek, 16 sierpnia 2016
Kolejne trzy.
Witam.
Urlop trwa a my nadal w Uniejowie. Kolejna była niedziela. Jednak zaczynając od końca a właściwie od początku... Jakiś czas temu urodził mi się pomysł aby wybiec z domu od rodziców w Uniejowie i dobiec wałem wzdłuż Warty na zaporę Jeziorsko. Wg mapy nieco ponad 18 km. Nie jest to duży dystans ale jakoś tak mnie ciągnęła ta trasa. Akurat złożyło się tak że właśnie w tą niedziele udało mi się zrobić ten projekt. Odczuwalna około 18-20 stopni, trochę zawiewało- pogoda ideał. W pewnym momencie myślałem tylko że zaraz lunie, ale na szczęście nie. Muszę przyznać że był to naprawdę przyjemny bieg. Błoga cisza, praktycznie żywej duszy dookoła, a jeśli już to daleko. I cały czas po lewej Warta. Czasem leniwa i szeroka z dużymi plażami a czasem szybka i wąska ze skarpami na brzegach. Coś mnie ciągnie w tą stronę. Bardzo chciałem biec koroną wału przeciwpowodziowego aby widzieć jak najwięcej, ale niestety nie ma na niej nawet ścieżki. Co prawda było widać ślady jakby ktoś niedawno jechał tu autem i bieganie po zaroślach ma super amortyzacje to jednak drogą po lewej wału biegło się znacznie lepiej. Trasa wyglądała tak.
Czyli Nianio z dziadkiem. Co prawda Franek zdążył zasnąć po obiadku, ale dotarł. Co do samej trasy zdecydowanie polecam zarówno na bieg, marsz, kije (nw) czy rower. Tylko w razie ewentualnego wycofu lub konieczności wsparcia z zewnątrz sprawa się nieco komplikuje, wiec trzeba poznać drogi ewakuacji ;-). POLECAM :-).
Jak już wróciliśmy i nieco się ogarnąłem zrealizowaliśmy dawny pomysł- rycerz Franio pojechał na zamek. Niestety tarcza i miecz zostały w domu, ale wizytacja się udała. Obejrzeliśmy nawet bliższą okolicę.
Czuby na czubie ;-)
Czy tak mam trzymać? (To za tymi drzwiami o które pytałem czy ktoś pamięta :-))
Później jeszcze trochę spaceru (zawsze zastanawiałem się ile jest drogą dookoła parku- myślałem że wiele więcej). A wyglądało to tak:
Później już tylko kolacja, kąpiel i spać a stary do garażu i dłubanie przy dwóch kółkach ;-).
W świąteczny poniedzielnik nic takiego nie robiliśmy po zbieraniem się do domku. Ale znalazłem coś co Młodego rozbroiło. Odsunąłem parę szpargałów i ukazało się coś pod białym ale szarym od kurzu prześcieradłem. Coś to przypominało, ale co. Odsłoniłem troszkę prześcieradło.... i słyszę motor...on jest czerwony...'
Zdjęcie paskudne, ale pokazuje radość. Warto zabrać w trzydzieści miejsc aby choć w jednym zobaczyć taką radość- bezcenne.
A co do motoru. Czeska Jawa typ 50. Motorower który dostałem od dziadka. Po drodze jeździł nim jeszcze mój tata a ja z nim w przekroku na poduszce.. Niebawem doprowadzimy go do pierwotnego stanu i będziemy śmigać.
Wtorek. Już w domku- wszędzie dobrze ale tutaj najlepiej. A najważniejsze że komplet. Plan był taki aby iść do kina- pierwszy raz z Nianio. Już od kilku dni o tym mówiliśmy i stało się (dziękuje bardzo za vouchery). Wybór padł na Gdzie jest Doory. Franek niby wiedział o co chodzi, ale tak chyba nie wiedział czego się spodziewać. Myślę jednak że raczej mu się spodobało. Co prawda zdarzyła się jedna chwila znudzenia ale daliśmy rade. Film nawet też ciekawy.
Jutro już środa a mam jeszcze dwa pomysły :-). I znów grzebie przy rowerach.....
Pozdrawiamy.
Urlop trwa a my nadal w Uniejowie. Kolejna była niedziela. Jednak zaczynając od końca a właściwie od początku... Jakiś czas temu urodził mi się pomysł aby wybiec z domu od rodziców w Uniejowie i dobiec wałem wzdłuż Warty na zaporę Jeziorsko. Wg mapy nieco ponad 18 km. Nie jest to duży dystans ale jakoś tak mnie ciągnęła ta trasa. Akurat złożyło się tak że właśnie w tą niedziele udało mi się zrobić ten projekt. Odczuwalna około 18-20 stopni, trochę zawiewało- pogoda ideał. W pewnym momencie myślałem tylko że zaraz lunie, ale na szczęście nie. Muszę przyznać że był to naprawdę przyjemny bieg. Błoga cisza, praktycznie żywej duszy dookoła, a jeśli już to daleko. I cały czas po lewej Warta. Czasem leniwa i szeroka z dużymi plażami a czasem szybka i wąska ze skarpami na brzegach. Coś mnie ciągnie w tą stronę. Bardzo chciałem biec koroną wału przeciwpowodziowego aby widzieć jak najwięcej, ale niestety nie ma na niej nawet ścieżki. Co prawda było widać ślady jakby ktoś niedawno jechał tu autem i bieganie po zaroślach ma super amortyzacje to jednak drogą po lewej wału biegło się znacznie lepiej. Trasa wyglądała tak.
A na końcu.
Po kilku chwilach dojechał mój ewentualny support.Czyli Nianio z dziadkiem. Co prawda Franek zdążył zasnąć po obiadku, ale dotarł. Co do samej trasy zdecydowanie polecam zarówno na bieg, marsz, kije (nw) czy rower. Tylko w razie ewentualnego wycofu lub konieczności wsparcia z zewnątrz sprawa się nieco komplikuje, wiec trzeba poznać drogi ewakuacji ;-). POLECAM :-).
Jak już wróciliśmy i nieco się ogarnąłem zrealizowaliśmy dawny pomysł- rycerz Franio pojechał na zamek. Niestety tarcza i miecz zostały w domu, ale wizytacja się udała. Obejrzeliśmy nawet bliższą okolicę.
Czuby na czubie ;-)
Czy tak mam trzymać? (To za tymi drzwiami o które pytałem czy ktoś pamięta :-))
Później jeszcze trochę spaceru (zawsze zastanawiałem się ile jest drogą dookoła parku- myślałem że wiele więcej). A wyglądało to tak:
Później już tylko kolacja, kąpiel i spać a stary do garażu i dłubanie przy dwóch kółkach ;-).
W świąteczny poniedzielnik nic takiego nie robiliśmy po zbieraniem się do domku. Ale znalazłem coś co Młodego rozbroiło. Odsunąłem parę szpargałów i ukazało się coś pod białym ale szarym od kurzu prześcieradłem. Coś to przypominało, ale co. Odsłoniłem troszkę prześcieradło.... i słyszę motor...on jest czerwony...'
Zdjęcie paskudne, ale pokazuje radość. Warto zabrać w trzydzieści miejsc aby choć w jednym zobaczyć taką radość- bezcenne.
A co do motoru. Czeska Jawa typ 50. Motorower który dostałem od dziadka. Po drodze jeździł nim jeszcze mój tata a ja z nim w przekroku na poduszce.. Niebawem doprowadzimy go do pierwotnego stanu i będziemy śmigać.
Wtorek. Już w domku- wszędzie dobrze ale tutaj najlepiej. A najważniejsze że komplet. Plan był taki aby iść do kina- pierwszy raz z Nianio. Już od kilku dni o tym mówiliśmy i stało się (dziękuje bardzo za vouchery). Wybór padł na Gdzie jest Doory. Franek niby wiedział o co chodzi, ale tak chyba nie wiedział czego się spodziewać. Myślę jednak że raczej mu się spodobało. Co prawda zdarzyła się jedna chwila znudzenia ale daliśmy rade. Film nawet też ciekawy.
Jutro już środa a mam jeszcze dwa pomysły :-). I znów grzebie przy rowerach.....
Pozdrawiamy.
czwartek, 30 czerwca 2016
A rano po pracy.
Witam.
Jak na razie znów pracuje na nocki. Ma jednak to swoje plusy- łatwiej znaleźć mi czas na treningi. W środę po nocy zawiozłem Młodego do żłoba, babcie na busa. Wracając minąłem Kasie jadącą z pracy na rowerze :-). W domu szybkie śniadanko- 150g jogurtu naturalnego i czereśnie przywiezione z Uniejowa. Chwile później byłem już pod blokiem gotowy do startu. Krótka rozgrzewka i w drogę. Biegło mi się dosyć ciężko, nawet przez chwile przemknęła mi myśl aby skrócić trasę. Na szczęście nie posłuchałem głosu mówiącego że nie dam rady- znów kłamał. Pobiegłem sobie na Okręglik w takich okolicznościach przyrody.
Cisza, spokój, ani żywej duszy. Super odmiana dla tłoku i zgiełku miasta. Uwielbiam takie klimaty. Tym razem pobiegłem w odwrotnym kierunku i nawet się nie zgubiłem :-) jak to ostatnio bywało.
Ogólnie fizycznie nie biegło mi się najlepiej, ale jakie było moje zaskoczenie gdy spojrzałem na telefon a tam:
10,07 km w 1,04,35 h. W sumie nawet niezły czas. Dziś chyba też się ruszę. Odwiozę Frania do żłobka i popędzę, ale tym razem może na Arturówek.
A co do środowego popołudnia- Kasia po odespaniu nocki pobiegła do żłobka odebrać Franka. Stamtąd ruszyli na Arturówek- Kasia biegła a Franio jechał na swoim rowerku biegowym. Zrobił w ten sposób z mamusią jakieś 4-5km, a Kasia w sumie 12. Dają radę- moim sportowcy :-).
Pozdrawiamy i do zobaczenia.
Jak na razie znów pracuje na nocki. Ma jednak to swoje plusy- łatwiej znaleźć mi czas na treningi. W środę po nocy zawiozłem Młodego do żłoba, babcie na busa. Wracając minąłem Kasie jadącą z pracy na rowerze :-). W domu szybkie śniadanko- 150g jogurtu naturalnego i czereśnie przywiezione z Uniejowa. Chwile później byłem już pod blokiem gotowy do startu. Krótka rozgrzewka i w drogę. Biegło mi się dosyć ciężko, nawet przez chwile przemknęła mi myśl aby skrócić trasę. Na szczęście nie posłuchałem głosu mówiącego że nie dam rady- znów kłamał. Pobiegłem sobie na Okręglik w takich okolicznościach przyrody.
Cisza, spokój, ani żywej duszy. Super odmiana dla tłoku i zgiełku miasta. Uwielbiam takie klimaty. Tym razem pobiegłem w odwrotnym kierunku i nawet się nie zgubiłem :-) jak to ostatnio bywało.
Ogólnie fizycznie nie biegło mi się najlepiej, ale jakie było moje zaskoczenie gdy spojrzałem na telefon a tam:
10,07 km w 1,04,35 h. W sumie nawet niezły czas. Dziś chyba też się ruszę. Odwiozę Frania do żłobka i popędzę, ale tym razem może na Arturówek.
A co do środowego popołudnia- Kasia po odespaniu nocki pobiegła do żłobka odebrać Franka. Stamtąd ruszyli na Arturówek- Kasia biegła a Franio jechał na swoim rowerku biegowym. Zrobił w ten sposób z mamusią jakieś 4-5km, a Kasia w sumie 12. Dają radę- moim sportowcy :-).
Pozdrawiamy i do zobaczenia.
poniedziałek, 6 czerwca 2016
I oby tak dalej.
Witam.
Trzymam się w postanowieniach. Dieta utrzymana a i zaplanowane ćwiczenia również, czyli po 5 serii brzuszki (20 powtórzeń), pompki (10) i drążek (4). Od dziś standardowo zwiększenie ilości do odpowiednio 25/13/5. Zakładałem również że będę ćwiczył codziennie- nie udało się jedynie w piątek- szedłem na noc do pracy i po prostu brakło i czasu. W sumie raz na jakiś czas przydaje się dzień restowy. Niestety nie udało się wyskoczyć na ściankę- trudno wygospodarować jakieś 3 wolne godziny- muszę znaleźć czas w tym tygodniu ale to też może być trudne o czym później.
Udało się natomiast w niedziele pobiegać. Wyszedłem sobie po odespaniu nocki tak trochę po 13. W sumie celowo aby pobiegać trochę w słońcu i wyższej temperaturze.
Wszystko było fajnie dopóki nie dobiegłem do Zgierskiej- tam już mnie dosyć mocno dogrzało. Postanowiłem że dobiegnę do Włókniarzy i wrócę do domu. Jednak przy Włókniarce pomyślałem że pobiegnę na Bema sprawdzić pewną miejscówkę. Niestety nie udało mi się jej odnaleźć a w dodatku słoneczko, brak cienia i wody spowodowały że jakieś 100m przeszedłem korzystając z cienia rzucanego przez krzaczory wzdłuż Włókniarzy. Finalnie zrobiłem 6,5 kilometra w 38 minut. Gdybym utrzymał tempo powinienem 10km zrobić poniżej godziny- oby tak dalej.
Wycieczkowo ten tydzień był słaby. Zamiast tego trochę siedzieliśmy w piaskownicy rozkopując ją nową koparą.
Trzymam się w postanowieniach. Dieta utrzymana a i zaplanowane ćwiczenia również, czyli po 5 serii brzuszki (20 powtórzeń), pompki (10) i drążek (4). Od dziś standardowo zwiększenie ilości do odpowiednio 25/13/5. Zakładałem również że będę ćwiczył codziennie- nie udało się jedynie w piątek- szedłem na noc do pracy i po prostu brakło i czasu. W sumie raz na jakiś czas przydaje się dzień restowy. Niestety nie udało się wyskoczyć na ściankę- trudno wygospodarować jakieś 3 wolne godziny- muszę znaleźć czas w tym tygodniu ale to też może być trudne o czym później.
Udało się natomiast w niedziele pobiegać. Wyszedłem sobie po odespaniu nocki tak trochę po 13. W sumie celowo aby pobiegać trochę w słońcu i wyższej temperaturze.
Wszystko było fajnie dopóki nie dobiegłem do Zgierskiej- tam już mnie dosyć mocno dogrzało. Postanowiłem że dobiegnę do Włókniarzy i wrócę do domu. Jednak przy Włókniarce pomyślałem że pobiegnę na Bema sprawdzić pewną miejscówkę. Niestety nie udało mi się jej odnaleźć a w dodatku słoneczko, brak cienia i wody spowodowały że jakieś 100m przeszedłem korzystając z cienia rzucanego przez krzaczory wzdłuż Włókniarzy. Finalnie zrobiłem 6,5 kilometra w 38 minut. Gdybym utrzymał tempo powinienem 10km zrobić poniżej godziny- oby tak dalej.
Wycieczkowo ten tydzień był słaby. Zamiast tego trochę siedzieliśmy w piaskownicy rozkopując ją nową koparą.
Franek pomagał mi też w przenoszeniu gratów z zalanej po ostatnich ulewach piwnicy- sam przetaczał koła zimowe :-). Zamontowaliśmy też błotnik do Kasi roweru (wybaczcie jakość zdjęcia).
Co do kopary to jest to prezent na dzień dziecka. Poza tym w żłobie mieli wielką dmuchaną zjeżdżalnie oraz zamek trampoline a na naszym osiedlu jak co roku odbył się festyn z tej okazji z masą atrakcji: animatorzy, wóz straży pożarnej i policji, karuzela, dmuchane zjeżdżalnie, zamki, kramy pierdółkami do kupienia i wiele, wiele innych (poza zakupami wszystko za darmo).
Mimo braku wycieczek tydzień bardzo udany. Do tego Kasia zaczyna do treningów dorzucać jazdę na rowerze. Nie tylko rekreacyjnie, ale również zamiast autem jeździć do pracy wsiada na dwa kółka. Jak na razie tylko na zmiany nocne aby znaleźć optymalne trasy i wyczuć średni czas dojazdu- nawet nie wiecie jaką sprawia mi radość że się zdecydowała mimo tak dużej ilości czasu jaki spędza w pracach.
A tak na koniec dorzucam kilka zdjęć w ramach uzupełnienia poprzedniego posta:
Wybiegając w przyszłość za kilka dni wybywamy z Łodzi więc będzie o czym pisać. Postaram się aby było ciekawie.
Pozdrawiamy.
niedziela, 8 maja 2016
Intensywnie.
Cześć.
Ostatnio z racji pracy w nocy miałem trochę wolnego w dzień, wiec po lub przed odespaniem nocki mogłem trochę potrenować. Tak około 5 rano za oknem miałem taki motywator do ruchu (wybaczcie jakość- aparat w telefonie nie złapał ostrości).
Widząc coś takiego od razu wiedziałem że to będzie dobry dzień :-). I tak w środę i w piątek byłem na ściance, natomiast w czwartek i w sobotę biegałem, przy czym w czwartek razem z Kasią zrobiliśmy sobie piąteczkę wokół osiedla, ale również ćwiczyliśmy na naszym nowym osiedlowym placu zabaw:
Co do samej ściany za każdym razem około było 1,5 do 2 godzin intensywnego wspinania ale do tego również pompki, brzuszki i trochę slacka. Ważne że są postępy a jeszcze ważniejsze że jest frajda z robienia tego wszystkiego. W piątek wychodząc ze Spota zaskoczył mnie taki oto widok:
Jak widać "dziwne" sposoby parkowania nie dotyczą tylko kierowców czterech kółek. A swoją drogą nie widziałem jeszcze roweru tyle razy oplecionego zabezpieczeniem antykradzieżowym :-).
Dzisiaj, to znaczy wczoraj czyli w sobotę wracając z pracy rowerkiem biłem się z myślami- iść biegać czy nie... W sumie to poszedłbym spać, ale taka ładna pogoda, w lesie będzie pusto i cicho. Przeważyły argumenty za! Wyruszyłem wiec z domu przez osiedle w kierunku stacji kolejowej Radogoszcz Zachód, dalej nad torami i ulicą Okręglik do Lasu Okręglik. Chciałem obiec duktami las dookoła, więc biegłem ścieżką, która jest przedłużeniem ulicy Okręglik. Następnie do rozwidlenia na którym skręcamy w lewo i mijając jednostkę wojskową (będzie po naszej prawej stronie) biegniemy na zachód. Z tego duktu będziemy skręcać w lewo. Pytanie tylko w którą drogę? Ja skręciłem, ale w tą niewłaściwą co widać na mapie:
Oraz tutaj. Jak widać po mapie trochę mi nie poszło, ale w sumie i tak było fajnie. Co najważniejsze cisza, spokój, zielono, świergot ptaków i ani żywej duszy. Część trasy przebiegała bardziej lub mniej ewidentnymi ścieżkami a część przez zaorane przecinki. Poniżej trochę zdjęć z biegu.
Ten właściwy dukt którym możemy obiec las jest chyba jeszcze bliżej ulicy Konstantynowskiej (tej w Zgierzu). Nim poruszamy się do przedłużenia Sokołowskiej i dalej Sianokosy lub duktami do drogi powrotnej. Jak mi się wreszcie uda tamtędy pobiec to dam znać:-).
Powiem szczerze że po tym całym "maratonie" trochę obolały jestem, ale to taki pozytywny euforyczny ból. Taki który mówi że trening był owocny. W niedziele zrobię sobie dzień odpoczynku i regeneracji a w poniedziałek będąc po ostatniej, siódmej nocce najpierw pójdę trochę odespać a później na ściankę :-). We wtorek razem z Kasią mamy wolne więc pewnie wyciągnę ją na przebieżkę.
Wiosna pełną gębą wiec korzystajcie póki pogody sprzyjają.
Pozdrawiam.
Ostatnio z racji pracy w nocy miałem trochę wolnego w dzień, wiec po lub przed odespaniem nocki mogłem trochę potrenować. Tak około 5 rano za oknem miałem taki motywator do ruchu (wybaczcie jakość- aparat w telefonie nie złapał ostrości).
Widząc coś takiego od razu wiedziałem że to będzie dobry dzień :-). I tak w środę i w piątek byłem na ściance, natomiast w czwartek i w sobotę biegałem, przy czym w czwartek razem z Kasią zrobiliśmy sobie piąteczkę wokół osiedla, ale również ćwiczyliśmy na naszym nowym osiedlowym placu zabaw:
Co do samej ściany za każdym razem około było 1,5 do 2 godzin intensywnego wspinania ale do tego również pompki, brzuszki i trochę slacka. Ważne że są postępy a jeszcze ważniejsze że jest frajda z robienia tego wszystkiego. W piątek wychodząc ze Spota zaskoczył mnie taki oto widok:
Jak widać "dziwne" sposoby parkowania nie dotyczą tylko kierowców czterech kółek. A swoją drogą nie widziałem jeszcze roweru tyle razy oplecionego zabezpieczeniem antykradzieżowym :-).
Dzisiaj, to znaczy wczoraj czyli w sobotę wracając z pracy rowerkiem biłem się z myślami- iść biegać czy nie... W sumie to poszedłbym spać, ale taka ładna pogoda, w lesie będzie pusto i cicho. Przeważyły argumenty za! Wyruszyłem wiec z domu przez osiedle w kierunku stacji kolejowej Radogoszcz Zachód, dalej nad torami i ulicą Okręglik do Lasu Okręglik. Chciałem obiec duktami las dookoła, więc biegłem ścieżką, która jest przedłużeniem ulicy Okręglik. Następnie do rozwidlenia na którym skręcamy w lewo i mijając jednostkę wojskową (będzie po naszej prawej stronie) biegniemy na zachód. Z tego duktu będziemy skręcać w lewo. Pytanie tylko w którą drogę? Ja skręciłem, ale w tą niewłaściwą co widać na mapie:
Oraz tutaj. Jak widać po mapie trochę mi nie poszło, ale w sumie i tak było fajnie. Co najważniejsze cisza, spokój, zielono, świergot ptaków i ani żywej duszy. Część trasy przebiegała bardziej lub mniej ewidentnymi ścieżkami a część przez zaorane przecinki. Poniżej trochę zdjęć z biegu.
Ten właściwy dukt którym możemy obiec las jest chyba jeszcze bliżej ulicy Konstantynowskiej (tej w Zgierzu). Nim poruszamy się do przedłużenia Sokołowskiej i dalej Sianokosy lub duktami do drogi powrotnej. Jak mi się wreszcie uda tamtędy pobiec to dam znać:-).
Powiem szczerze że po tym całym "maratonie" trochę obolały jestem, ale to taki pozytywny euforyczny ból. Taki który mówi że trening był owocny. W niedziele zrobię sobie dzień odpoczynku i regeneracji a w poniedziałek będąc po ostatniej, siódmej nocce najpierw pójdę trochę odespać a później na ściankę :-). We wtorek razem z Kasią mamy wolne więc pewnie wyciągnę ją na przebieżkę.
Wiosna pełną gębą wiec korzystajcie póki pogody sprzyjają.
Pozdrawiam.
środa, 20 kwietnia 2016
Rodzinne bieganie.
Cześć.
Tradycyjnie sezon zawodów biegowych otwieramy z łódzkim DOZ Maratonem. Jest to cykliczna coroczna impreza biegowa. Składa się z maratonu, biegu na 10 kilometrów oraz biegów dziecięcych. W tym roku po raz pierwszy wpadliśmy na pomysł aby zapisać Frania. To były jego pierwsze zawody- startował w najmłodszej kategorii, roczniki 2013. Młody jest dzieciakiem zdecydowanie aktywnym wiec nikt nie sądził że może mieć problem z przebiegnięciem dystansu przygotowanego dla jego kategorii wiekowej- 200m, i problemu faktycznie nie miał. Poparciem tej tezy był bieg który jakiś czas temu zrobił z Kasią- około 600 metrów bez przerwy. Mimo wszystko na kilka dni przed startem przebiegliśmy się po osiedlu- tak profilaktycznie.
Na około trzy tygodnie przed biegiem powiedzieliśmy Franiowi że zapisaliśmy go, wytłumaczyliśmy o co chodzi- zrozumiał i bardzo się cieszył. Okazało się również że prawdopodobnie będzie musiał biec bez nas, wiec doszły kolejne tłumaczenia ale rozumiał. Tłumaczyliśmy również że może nie wygrać, ale twierdził że będzie najlepszy. Biegi dziecięce odbywały się w sobotę na stadionie miejskim. Młodego od samego rana rozpierała energia. Gdy dotarliśmy na stadion nosiło go strasznie. W pewnym momencie stwierdził że jak ktoś będzie mu przeszkadzał to będzie spychał i niestety nie mogliśmy go przekonać że to nienajlepszy pomysł. Wybiła godzina zbiórki i wejścia na stadion. Okazało się że z dzieckiem może biec jeden opiekun- wybraliśmy mamusie. A tatuś wbił się na krzywy ... ale usiadł na trybunach i kibicował. Trzylatki miały do przebiegnięcia poł okrążenia- pierwszą połowę przeszły ponieważ start był naprzeciwko trybun a meta zaraz przed nimi. Nagle całe trybuny zaczęły odliczanie i nastąpił wystrzał- start. Dzieciaki ruszyły. Jedne same, inne z rodzicami, jedne pędziły inne szybko szły. Franuś z mamusią trzymał się stabilnie w drugiej połowie peletonu i grzecznie nie spychając rywali dobiegł na metę z czasem 1,08,58 otrzymując medal. Jak się później okazało miał tak wielką frajdę i radość z zawodów że dawno takiej nie widzieliśmy. Żona opowiadała że cały dystans bardzo się cieszył i było widać że sprawiało mu to wielką satysfakcje i radość.
Cała ta impreza, emocje, przygoda tak wyssały z młodego energię że w drodze do domu:
Myślę że jak tylko pojawią się kolejne zawody dla dzieciaków to zapiszemy młodego. A co do tych mam jedynie mały niedosyt dotyczący koszulek dla dzieci. Na większości zawodów zawodnicy otrzymują pamiątkowe koszulki. Biuro zawodów zostało otwarte w piątek o 12. Tego samego dnia o 20 najmniejsze koszulki jakie zostały były dla 9cio latków- szkoda, ale co robić.
Dodatkowym atutem zawodów było to że w poniedziałek Franio zabrał medal do żłobka- oj było o czym opowiadać.
Skoro w sobotę biegł młody to w niedziele wystartowali starzy- tradycyjnie na 10 kilometrów. W zeszłym roku biegła nas spora ekipa, w tym poza nami tylko jeden kolega którego i tak nie odszukaliśmy przed startem, co zrobić. Bardzo ciekawie moim zdaniem zorganizowano start- maraton i bieg na 10km stały na jednym pasie alei Bandurskiego rozdzielone jedynie barierkami. Tyle że startowały w przeciwnym kierunku- polecam film z drona na stronie http://www.lodzmaraton.pl/ (w chwili pisania posta nie działała- to pech). Aby tradycji stało się zadość miałem dylemat czy założyć długie czy krótkie spodnie- cholera jak zwykle to samo. Bieg był o 9 a rano było faktycznie zimno. Założyłem długie ale w plecak wrzuciłem krótkie tak na wszelki. Pobiegłem finalnie w długich czego później bardzo żałowałem- norma, pytanie czy kiedyś się nauczę. Biegliśmy spokojnym ale dość szybkim jak na nas tempem- od razu zaznaczam że ostatnio w ogóle nie trenujemy- po prostu brakuje czasu. Słoneczko pięknie świeciło, biegło się bardzo miło. Można było po drodze się napić, zjeść banana. W pewnym momencie za półmetkiem usłyszeliśmy gdzieś z oddali znajome klimaty muzyki technicznej. Okazało się że przy trasie rozstawione było stanowisko wraz z didżejką PRODJS. Świetna muzyka (aż ciarki po plecach przechodziły) a do tego kibicowanie i motywowanie biegaczy- od razu przyspieszyliśmy kroku. Meta była usytuowana w Atlas Arenie, wiec końcówka trasy była dosyć mocno z górki przez co bardzo przyspieszyliśmy i zaczęliśmy wszystkich wyprzedzać. Efekt- 1,08,58. Ja wiem że to nic nadzwyczajnego, ale po pierwsze radość z biegania a po drugie- brak treningów. Chcielibyśmy jednak zejść poniżej godziny- wszystko przed nami.
Co do trasy biegu to wyglądała tak:
Po biegu medale i do domku. Czekamy już na 28,05 i Bieg Piotrkowską. Może uda się do tego czasu trochę popracować nad sobą i poprawić wyniki- czas pokaże. Pewien jestem tego że jak tylko znajdę zawody dla dzieciaków (nie tylko w Łodzi) to będę zapisywał młodego- może połknie bakcyla. Lepiej biegać, wspinać się, jeździć rowerem, na rolkach, cokolwiek niż siedzieć w domu przed tv czy komputerem.
Pozdrawiam.
Tradycyjnie sezon zawodów biegowych otwieramy z łódzkim DOZ Maratonem. Jest to cykliczna coroczna impreza biegowa. Składa się z maratonu, biegu na 10 kilometrów oraz biegów dziecięcych. W tym roku po raz pierwszy wpadliśmy na pomysł aby zapisać Frania. To były jego pierwsze zawody- startował w najmłodszej kategorii, roczniki 2013. Młody jest dzieciakiem zdecydowanie aktywnym wiec nikt nie sądził że może mieć problem z przebiegnięciem dystansu przygotowanego dla jego kategorii wiekowej- 200m, i problemu faktycznie nie miał. Poparciem tej tezy był bieg który jakiś czas temu zrobił z Kasią- około 600 metrów bez przerwy. Mimo wszystko na kilka dni przed startem przebiegliśmy się po osiedlu- tak profilaktycznie.
Na około trzy tygodnie przed biegiem powiedzieliśmy Franiowi że zapisaliśmy go, wytłumaczyliśmy o co chodzi- zrozumiał i bardzo się cieszył. Okazało się również że prawdopodobnie będzie musiał biec bez nas, wiec doszły kolejne tłumaczenia ale rozumiał. Tłumaczyliśmy również że może nie wygrać, ale twierdził że będzie najlepszy. Biegi dziecięce odbywały się w sobotę na stadionie miejskim. Młodego od samego rana rozpierała energia. Gdy dotarliśmy na stadion nosiło go strasznie. W pewnym momencie stwierdził że jak ktoś będzie mu przeszkadzał to będzie spychał i niestety nie mogliśmy go przekonać że to nienajlepszy pomysł. Wybiła godzina zbiórki i wejścia na stadion. Okazało się że z dzieckiem może biec jeden opiekun- wybraliśmy mamusie. A tatuś wbił się na krzywy ... ale usiadł na trybunach i kibicował. Trzylatki miały do przebiegnięcia poł okrążenia- pierwszą połowę przeszły ponieważ start był naprzeciwko trybun a meta zaraz przed nimi. Nagle całe trybuny zaczęły odliczanie i nastąpił wystrzał- start. Dzieciaki ruszyły. Jedne same, inne z rodzicami, jedne pędziły inne szybko szły. Franuś z mamusią trzymał się stabilnie w drugiej połowie peletonu i grzecznie nie spychając rywali dobiegł na metę z czasem 1,08,58 otrzymując medal. Jak się później okazało miał tak wielką frajdę i radość z zawodów że dawno takiej nie widzieliśmy. Żona opowiadała że cały dystans bardzo się cieszył i było widać że sprawiało mu to wielką satysfakcje i radość.
Cała ta impreza, emocje, przygoda tak wyssały z młodego energię że w drodze do domu:
Myślę że jak tylko pojawią się kolejne zawody dla dzieciaków to zapiszemy młodego. A co do tych mam jedynie mały niedosyt dotyczący koszulek dla dzieci. Na większości zawodów zawodnicy otrzymują pamiątkowe koszulki. Biuro zawodów zostało otwarte w piątek o 12. Tego samego dnia o 20 najmniejsze koszulki jakie zostały były dla 9cio latków- szkoda, ale co robić.
Dodatkowym atutem zawodów było to że w poniedziałek Franio zabrał medal do żłobka- oj było o czym opowiadać.
Skoro w sobotę biegł młody to w niedziele wystartowali starzy- tradycyjnie na 10 kilometrów. W zeszłym roku biegła nas spora ekipa, w tym poza nami tylko jeden kolega którego i tak nie odszukaliśmy przed startem, co zrobić. Bardzo ciekawie moim zdaniem zorganizowano start- maraton i bieg na 10km stały na jednym pasie alei Bandurskiego rozdzielone jedynie barierkami. Tyle że startowały w przeciwnym kierunku- polecam film z drona na stronie http://www.lodzmaraton.pl/ (w chwili pisania posta nie działała- to pech). Aby tradycji stało się zadość miałem dylemat czy założyć długie czy krótkie spodnie- cholera jak zwykle to samo. Bieg był o 9 a rano było faktycznie zimno. Założyłem długie ale w plecak wrzuciłem krótkie tak na wszelki. Pobiegłem finalnie w długich czego później bardzo żałowałem- norma, pytanie czy kiedyś się nauczę. Biegliśmy spokojnym ale dość szybkim jak na nas tempem- od razu zaznaczam że ostatnio w ogóle nie trenujemy- po prostu brakuje czasu. Słoneczko pięknie świeciło, biegło się bardzo miło. Można było po drodze się napić, zjeść banana. W pewnym momencie za półmetkiem usłyszeliśmy gdzieś z oddali znajome klimaty muzyki technicznej. Okazało się że przy trasie rozstawione było stanowisko wraz z didżejką PRODJS. Świetna muzyka (aż ciarki po plecach przechodziły) a do tego kibicowanie i motywowanie biegaczy- od razu przyspieszyliśmy kroku. Meta była usytuowana w Atlas Arenie, wiec końcówka trasy była dosyć mocno z górki przez co bardzo przyspieszyliśmy i zaczęliśmy wszystkich wyprzedzać. Efekt- 1,08,58. Ja wiem że to nic nadzwyczajnego, ale po pierwsze radość z biegania a po drugie- brak treningów. Chcielibyśmy jednak zejść poniżej godziny- wszystko przed nami.
Co do trasy biegu to wyglądała tak:
Po biegu medale i do domku. Czekamy już na 28,05 i Bieg Piotrkowską. Może uda się do tego czasu trochę popracować nad sobą i poprawić wyniki- czas pokaże. Pewien jestem tego że jak tylko znajdę zawody dla dzieciaków (nie tylko w Łodzi) to będę zapisywał młodego- może połknie bakcyla. Lepiej biegać, wspinać się, jeździć rowerem, na rolkach, cokolwiek niż siedzieć w domu przed tv czy komputerem.
Pozdrawiam.
wtorek, 5 kwietnia 2016
Otwarcie sezonów.
Witam.
Mamy już kwiecień, pogoda sprzyja wszelkim aktywnościom na zewnątrz. Na minioną niedzielę przypadły pierwsze w tym roku nasze zawody biegowe- 6. Półmaraton Pabianicki. Wystartowaliśmy razem z Agatą (biegła na 5km) i Łukaszem. Czyli 21 km biegliśmy w trójkę, przy czy od około połowy Łukasz wystrzelił do przodu a my powoli człapaliśmy byle dobiec do mety. Oba biegi wystartowały razem ale po 2km 5ka odbiła w prawo. Niestety brak możliwości robienia w miarę regularnych treningów dał o sobie znać. Prawdę mówiąc nie chodziło nawet o kondycje bo z tą nie jest źle, ale o stawy. Brak regularnych treningów powoduje że nie są przystosowane do tak długotrwałego obciążenia przez co bolą... delikatnie mówiąc. Więc krok za krokiem biegliśmy sobie na końcu peletonu zmieniając tylko pozycje z 3 na 4 lub nawet 5 od końca. Ale ważne jest to że się nie poddaliśmy i dobiegliśmy do końca mimo że policjant z obstawy pare razy pytał czy damy rade- daliśmy, kto jak nie my ale postanowiliśmy ze bez regularnych treningów w półmaratonach nie ma co startować. Na szczęście są jeszcze dyszki, 15km i nie tylko.
A co do samego biegu- w takim towarzystwie zawsze jest wesoło. Część trasy biegliśmy sobie z panem w wieku chyba 67 lat. Zaczął biegać dwa lata wcześniej i to był jego pierwszy półmaraton. Założył sobie że nie chce być ostatni- z tego co widzieliśmy nie był- szacunek.
Sama trasa biegu wyglądała tak:
Ogólnie bieg dobrze zorganizowany- trasa dobrze zabezpieczona, płaska ale zróżnicowana krajobrazowo- od miasta poprzez wsie, pola, lasy, nawet mały podbieg pod wiadukt nad S8. Co około 5km nas dokarmiali- czekolada, banany, kostki cukru jak dla konia :-) i wodzianka. W pakietach startowych ręczniki duże z logo biegu, chusty a la buff, skarpety stópki, izotonik, baton energetyczny, cukierki i kilogram ulotek. Zapomniałbym- trochę próbek kosmetyków. Nawet nie było kolejek do odebrania pakietów startowych, chociaż ledwo zdążyliśmy ale tym razem nie z mojej winy. Kasia wpisała adres w nawigacji Pabianice, Grota Roweckiego 31. Dojechaliśmy i coś pusto. Ale w sumie szkoła i hala jest. Chodzimy, szukamy i nic. Dzwonie do Łukasza- doszliśmy do porozumienia że spotkamy się obok kościoła- obaj go widzimy. Jak już staliśmy obok to okazało się że on stoi obok szarego a my obok beżowego. Kasia wpisała 31 zamiast 3... Biegiem do auta, nawrotka i udało się.
A na mecie:
Oraz jedzonko- schabowy, suróweczki i pyry a do tego pączki- pyszności. Później już tylko powrót do domu i dogorywanie- dawno tak szybko nie zasnąłem.
W tytule napisałem otarcie sezonów. Do tego drugiego zbierałem się od tygodnia, ale niestety co chwila zanosiło się na deszcz. A chodzi tutaj o przesiadkę z Franusiem z auta na rower. Furę oddaliśmy mamie i w poniedziałek rano pojechaliśmy do żłoba. Od razu mówię że to był poniedziałek zaraz po biegu...ale jakoś nie było problemów z pedałowaniem- gorzej było na schodach ale też bez tragedii. Aktualnie jesteśmy na etapie wytyczania optymalnych tras- ta w poniedziałek przebiegła przez Park Mickiewicza i wyglądała tak:
Jak na razie młody jeździ jeszcze w foteliku, ale zobaczymy, może nauczy się jeździć sam na dwóch kółkach.
Pozdrawiamy i zapraszamy do wstania z kanapy i wszelkich aktywności na zewnątrz.
Mamy już kwiecień, pogoda sprzyja wszelkim aktywnościom na zewnątrz. Na minioną niedzielę przypadły pierwsze w tym roku nasze zawody biegowe- 6. Półmaraton Pabianicki. Wystartowaliśmy razem z Agatą (biegła na 5km) i Łukaszem. Czyli 21 km biegliśmy w trójkę, przy czy od około połowy Łukasz wystrzelił do przodu a my powoli człapaliśmy byle dobiec do mety. Oba biegi wystartowały razem ale po 2km 5ka odbiła w prawo. Niestety brak możliwości robienia w miarę regularnych treningów dał o sobie znać. Prawdę mówiąc nie chodziło nawet o kondycje bo z tą nie jest źle, ale o stawy. Brak regularnych treningów powoduje że nie są przystosowane do tak długotrwałego obciążenia przez co bolą... delikatnie mówiąc. Więc krok za krokiem biegliśmy sobie na końcu peletonu zmieniając tylko pozycje z 3 na 4 lub nawet 5 od końca. Ale ważne jest to że się nie poddaliśmy i dobiegliśmy do końca mimo że policjant z obstawy pare razy pytał czy damy rade- daliśmy, kto jak nie my ale postanowiliśmy ze bez regularnych treningów w półmaratonach nie ma co startować. Na szczęście są jeszcze dyszki, 15km i nie tylko.
A co do samego biegu- w takim towarzystwie zawsze jest wesoło. Część trasy biegliśmy sobie z panem w wieku chyba 67 lat. Zaczął biegać dwa lata wcześniej i to był jego pierwszy półmaraton. Założył sobie że nie chce być ostatni- z tego co widzieliśmy nie był- szacunek.
Sama trasa biegu wyglądała tak:
Ogólnie bieg dobrze zorganizowany- trasa dobrze zabezpieczona, płaska ale zróżnicowana krajobrazowo- od miasta poprzez wsie, pola, lasy, nawet mały podbieg pod wiadukt nad S8. Co około 5km nas dokarmiali- czekolada, banany, kostki cukru jak dla konia :-) i wodzianka. W pakietach startowych ręczniki duże z logo biegu, chusty a la buff, skarpety stópki, izotonik, baton energetyczny, cukierki i kilogram ulotek. Zapomniałbym- trochę próbek kosmetyków. Nawet nie było kolejek do odebrania pakietów startowych, chociaż ledwo zdążyliśmy ale tym razem nie z mojej winy. Kasia wpisała adres w nawigacji Pabianice, Grota Roweckiego 31. Dojechaliśmy i coś pusto. Ale w sumie szkoła i hala jest. Chodzimy, szukamy i nic. Dzwonie do Łukasza- doszliśmy do porozumienia że spotkamy się obok kościoła- obaj go widzimy. Jak już staliśmy obok to okazało się że on stoi obok szarego a my obok beżowego. Kasia wpisała 31 zamiast 3... Biegiem do auta, nawrotka i udało się.
A na mecie:
Oraz jedzonko- schabowy, suróweczki i pyry a do tego pączki- pyszności. Później już tylko powrót do domu i dogorywanie- dawno tak szybko nie zasnąłem.
W tytule napisałem otarcie sezonów. Do tego drugiego zbierałem się od tygodnia, ale niestety co chwila zanosiło się na deszcz. A chodzi tutaj o przesiadkę z Franusiem z auta na rower. Furę oddaliśmy mamie i w poniedziałek rano pojechaliśmy do żłoba. Od razu mówię że to był poniedziałek zaraz po biegu...ale jakoś nie było problemów z pedałowaniem- gorzej było na schodach ale też bez tragedii. Aktualnie jesteśmy na etapie wytyczania optymalnych tras- ta w poniedziałek przebiegła przez Park Mickiewicza i wyglądała tak:
Jak na razie młody jeździ jeszcze w foteliku, ale zobaczymy, może nauczy się jeździć sam na dwóch kółkach.
Pozdrawiamy i zapraszamy do wstania z kanapy i wszelkich aktywności na zewnątrz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















