Witam.
Cóż, kolejna powinna być środa. Jednak środa z czwartkiem tak zlały się w całość, że w sumie nie ma co pisać. Pogoda do d..., brak zapału, trzeba ogarnąć zakupy, czyli obowiązki domowe chłopaków ;-). Zawieźliśmy również wujka Janka rower do naprawy- wujek wybacz że tak późno.
Po drodze cały czas ogarnialiśmy się na wspólny z Frankiem wyjazd (chyba w sumie nasz pierwszy) bez mamy. Czyli w piątek na luzie (Franek wstał chyba o 9) ruszyliśmy do Uniejowa do moich rodziców oczywiście załatwiając po drodze parę spraw. Dotarliśmy w sumie trochę po południu. Franek zaczął ogarniać czym bawić się kiedy i co się zmieniło przez co trochę nam zeszło.
Pewne było to że wieczorem idziemy na wieeeeelka rybę.
Uzbroiliśmy wędkę, ukopaliśmy robaków (Franka zaciekawienie i mina bezcenne) i poszliśmy łowić.
Raz łowiłem ja, raz dziadek.
Przeszliśmy kawałek wzdłuż Warty łowiąc w kilku miejscach- cóż jeden maluch spadł nam z haczyka :-( i to by było na tyle wędkarskich opowieści. Ale Franiowi w pewnym momencie zaczęło się nudzić do tego stopnia że nawet bajka na telefonie nie pomagał więc zaczął skakać.
Wracając tylko inna droga przedzieraliśmy się przez pokrzywy do pasa. Franio na barana, a ja dobrze że przezornie założyłem krótkie spodnie ;-).
A wieczorem tata poszedł się przejść.
Do parku.
Wokół zamku.
Kto pamięta te drzwi?
Kiedyś z Matim rozbujaliśmy tą kładkę ;-)
Wracam do domu.
W wakacyjną sobotą Franek wstał 9.30- aż byłem w szoku. Wolał jednak bawić się w domu. Ja miałem swoje zajęcia, on swoje. Po południu pojechał z babcią do figloraju a ja w międzyczasie m.in.
Franek jak zobaczył co robię od razy zabrał się do pomocy. Przetestował drabinę. Obadał piły i sekator. Zanosił dziadkowi gałęzie z których później zrobili ognisko.
Jutro niedziela, plany jakieś są ale zobaczymy co wyjdzie. W sumie to już będzie 7 z czternastu....
Od jakiegoś czasu wrócił do łask pewien projekt- jak skończę pochwale się ;-) a na razie jedynie z aktualnych prac.
Pozdrawiamy.
"Te chwile chce pamiętać gdy nadejdzie moja senna puenta Chciałbym wiecznie czuć tak wiele magii jak Tolkiena legenda."
niedziela, 14 sierpnia 2016
wtorek, 9 sierpnia 2016
Wakacje.
Cześć.
Właśnie mam wakacje, ja wiem- niektórzy przed a inni po. Na każdego przyjdzie kolej. Nie są to dwa miesiące jak kiedyś, ale dwa tygodnie. W tym roku po wspólnym z Kasią Sunrisie mamy urlopy oddzielnie ze względu na koniec Frankońskiego żłobka a początek przedszkola. Tak wiec od poniedziałku szalejemy z młodym. Tradycyjnie plany są ogromne a wychodzi różnie ;-).
Poniedzielnik- mieliśmy z rana jechać na basen, a później poćwiczyć jazdę na dwóch kołach. Pojechaliśmy- owszem, ale w południe. Po prostu przykleiłem się do łóżka i nie mogłem wstać. Młody po mnie skakał a ja jakiś zamroczony taki... Jak już się ogarnęliśmy wsiedliśmy na dziadka i pojechaliśmy na Falę. Po drodze przeszła mi przez głowę myśl- jest lato, wakacje, gorąco- może być kolejka aż na zewnątrz. Ha ha- nie było w ogóle. W wodzie Młody jak zwykle szalał. Skakał z kołem i bez, robił nury, zjeżdżalnie też zaliczone. Tak się rozkręciliśmy że ledwo wyrobiliśmy się w Multisportowych dwóch godzinach. W pewnym momencie Franek nawet stwierdził że on jest głodny, chce wyjść i jechać do domku położyć się. Drugi raz udało mi się zamęczyć dziecko :-).
Po basenie szybki popas na ławce w parku.
Wiedziałem że Franek będzie faktycznie do spania więc pędziłem do domu jak szybko się da. Poczułem jednak w pewnym momencie pewną większą bezwładność z tyłu i kask obijający mi się o plecak. Oglądam się a tam Nianiusowi wisi głowa w foteliku, aż się ludzie w samochodach oglądali.
Po drzemce i kolacji buszował do późna w nocy- nawet nie wiemy do której.
Wtorek... Jedziemy na SPOTa. Tym razem wstałem wcześniej. Chciałem jak zwykle trafić godziny poranne i na jak najmniejszy ruch aby było więcej swobody do szaleństwa i treningu. Niestety tym razem problemy po stornie Franka opóźniły wyjazd- cóż niektóre rzeczy nie mogą czekać ;-). Spakowani pojechaliśmy też dziadkiem (ostatnio to nasz główny środek transportu) na trening. Ludzi trochę było, ale ogarnęliśmy sytuacje. Chyba głównie dlatego ze Franek wolał stronę z zabawkami i przyrządami do ćwiczeń a nie bieganie po materacach. Raz nawet wszedł trochę do góry, troszkę chodził po taśmie, zajęcie zawsze jakieś było.
Takie mam bicki.
Właśnie mam wakacje, ja wiem- niektórzy przed a inni po. Na każdego przyjdzie kolej. Nie są to dwa miesiące jak kiedyś, ale dwa tygodnie. W tym roku po wspólnym z Kasią Sunrisie mamy urlopy oddzielnie ze względu na koniec Frankońskiego żłobka a początek przedszkola. Tak wiec od poniedziałku szalejemy z młodym. Tradycyjnie plany są ogromne a wychodzi różnie ;-).
Poniedzielnik- mieliśmy z rana jechać na basen, a później poćwiczyć jazdę na dwóch kołach. Pojechaliśmy- owszem, ale w południe. Po prostu przykleiłem się do łóżka i nie mogłem wstać. Młody po mnie skakał a ja jakiś zamroczony taki... Jak już się ogarnęliśmy wsiedliśmy na dziadka i pojechaliśmy na Falę. Po drodze przeszła mi przez głowę myśl- jest lato, wakacje, gorąco- może być kolejka aż na zewnątrz. Ha ha- nie było w ogóle. W wodzie Młody jak zwykle szalał. Skakał z kołem i bez, robił nury, zjeżdżalnie też zaliczone. Tak się rozkręciliśmy że ledwo wyrobiliśmy się w Multisportowych dwóch godzinach. W pewnym momencie Franek nawet stwierdził że on jest głodny, chce wyjść i jechać do domku położyć się. Drugi raz udało mi się zamęczyć dziecko :-).
Po basenie szybki popas na ławce w parku.
Wiedziałem że Franek będzie faktycznie do spania więc pędziłem do domu jak szybko się da. Poczułem jednak w pewnym momencie pewną większą bezwładność z tyłu i kask obijający mi się o plecak. Oglądam się a tam Nianiusowi wisi głowa w foteliku, aż się ludzie w samochodach oglądali.
Po drzemce i kolacji buszował do późna w nocy- nawet nie wiemy do której.
Wtorek... Jedziemy na SPOTa. Tym razem wstałem wcześniej. Chciałem jak zwykle trafić godziny poranne i na jak najmniejszy ruch aby było więcej swobody do szaleństwa i treningu. Niestety tym razem problemy po stornie Franka opóźniły wyjazd- cóż niektóre rzeczy nie mogą czekać ;-). Spakowani pojechaliśmy też dziadkiem (ostatnio to nasz główny środek transportu) na trening. Ludzi trochę było, ale ogarnęliśmy sytuacje. Chyba głównie dlatego ze Franek wolał stronę z zabawkami i przyrządami do ćwiczeń a nie bieganie po materacach. Raz nawet wszedł trochę do góry, troszkę chodził po taśmie, zajęcie zawsze jakieś było.
Takie mam bicki.
Jak wróciliśmy do domku mamusia już czekała :-), ale niestety po ranku w pracy jest noc. Mama pojechała a my tym razem w autko i szybki wypad ;-) A przez przypadek znaleźliśmy:
Dalej już tylko kąpiel, pizza przy nocnym kinie, które dziś wyświetlało nam "Dawno temu w trawie" i spajku.
A jutro już środa, plany jakieś są ale wszystko jak zwykle samo się ułoży...
Pozdrawiamy
piątek, 5 sierpnia 2016
Pojeżdżone.
Witam.
Ostatnio znów pracuje w godzinach nocnych. Młody u dziadków na wakacjach wiec nie musze pędzić do domu. Jadąc na środowo- czwartkową noc jechałem w przekonaniu że po pracy nie będę wracał do domu tylko pojadę nawinąć trochę kilometrów na Arturówku. Nawet zabrałem ze sobą ciuchy na przebranie. Wychodząc z pracy zauważyłem że dzwoni do mnie Kasia- okazało się że Moja Gapa zapomniała czegoś do pracy i czeka mnie kurs do domu a dalej do szpitala Pirogowa. Co zrobić...
Szybciutko popędziłem do domu i gnając do Kasi zastanawiałem się gdzie dalej jechać- bez sensu wracać na północ. Pomyślałem wiec sobie że nigdy nie byłem na Rudzkiej Górze. Tyle lat w Łodzi mieszkam i nie udało mi się tam wybrać. Tak więc ze szpitala kupując po drodze nieco prowiantu pojechał do ustalonego celu. Nie znam w ogóle tej okolicy, jak również samej góry. Nie spodziewałem się również ze podejścia są takie strome i wdrapałem się tam....z rowerem.
Gdyby to był góral to ok, ale przecież to dziadkowy przecinak ;-). Nie wiem co było łatwiejsze: wpychanie go pod górkę, czy trzymanie aby się nie stoczył na sam dół przy zejściu... Nawet kawałek udało mi się zjechać :-).
Z góry widać chyba całą Łódź. Pewnie w nocy super to wygląda.
Na górce 2 x mini pizza z okolicznej piekarenki, trochę picia i dalej w drogę. Tym razem na lotnisko. Posiłkując się mapą doszedłem do wniosku że pojadę Odrzańską, do Zatokowej i Dubois. Niestety wpakowałem się w drogi polne z luźnym piachem i tereny prywatne. Na szczęście szybko udało się wydostać na tereny zdatne do jazdy moją rakietą.
Dojeżdżając do lotniska od strony przeciwnej do terminala usłyszałem samolot przygotowujący się do startu- oczywiście zanim dojechałem i wyciągnąłem telefon aby zrobić zdjęcie zdążył odlecieć. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć że oczywiście znów zapomniałem aparatu i zdjęcia robiłem telefonem- właśnie dlatego wrzucam tylko jedno- reszta nie nadaje się do publikacji :-(.
Z lotniska szybciutko przez Zdrowie do domku aby odespać nockę i ruszyć na kolejną.
Wracając wzdłuż Włókniarzy chciałem ostatnich parę kilometrów przycisnąć ile fabryka dała, ale jak tylko zdążyłem się rozkręcić trafiałem na czerwone światło- co pech to pech.
A w sumie zrobiłem jakieś 37 kilometrów w 2h 08 min efektywnej jazdy. Do tego ponad godzina przerw. A całość wygląda tak.
Ostatnio znów pracuje w godzinach nocnych. Młody u dziadków na wakacjach wiec nie musze pędzić do domu. Jadąc na środowo- czwartkową noc jechałem w przekonaniu że po pracy nie będę wracał do domu tylko pojadę nawinąć trochę kilometrów na Arturówku. Nawet zabrałem ze sobą ciuchy na przebranie. Wychodząc z pracy zauważyłem że dzwoni do mnie Kasia- okazało się że Moja Gapa zapomniała czegoś do pracy i czeka mnie kurs do domu a dalej do szpitala Pirogowa. Co zrobić...
Szybciutko popędziłem do domu i gnając do Kasi zastanawiałem się gdzie dalej jechać- bez sensu wracać na północ. Pomyślałem wiec sobie że nigdy nie byłem na Rudzkiej Górze. Tyle lat w Łodzi mieszkam i nie udało mi się tam wybrać. Tak więc ze szpitala kupując po drodze nieco prowiantu pojechał do ustalonego celu. Nie znam w ogóle tej okolicy, jak również samej góry. Nie spodziewałem się również ze podejścia są takie strome i wdrapałem się tam....z rowerem.
Gdyby to był góral to ok, ale przecież to dziadkowy przecinak ;-). Nie wiem co było łatwiejsze: wpychanie go pod górkę, czy trzymanie aby się nie stoczył na sam dół przy zejściu... Nawet kawałek udało mi się zjechać :-).
Z góry widać chyba całą Łódź. Pewnie w nocy super to wygląda.
Na górce 2 x mini pizza z okolicznej piekarenki, trochę picia i dalej w drogę. Tym razem na lotnisko. Posiłkując się mapą doszedłem do wniosku że pojadę Odrzańską, do Zatokowej i Dubois. Niestety wpakowałem się w drogi polne z luźnym piachem i tereny prywatne. Na szczęście szybko udało się wydostać na tereny zdatne do jazdy moją rakietą.
Dojeżdżając do lotniska od strony przeciwnej do terminala usłyszałem samolot przygotowujący się do startu- oczywiście zanim dojechałem i wyciągnąłem telefon aby zrobić zdjęcie zdążył odlecieć. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć że oczywiście znów zapomniałem aparatu i zdjęcia robiłem telefonem- właśnie dlatego wrzucam tylko jedno- reszta nie nadaje się do publikacji :-(.
Z lotniska szybciutko przez Zdrowie do domku aby odespać nockę i ruszyć na kolejną.
Wracając wzdłuż Włókniarzy chciałem ostatnich parę kilometrów przycisnąć ile fabryka dała, ale jak tylko zdążyłem się rozkręcić trafiałem na czerwone światło- co pech to pech.
A w sumie zrobiłem jakieś 37 kilometrów w 2h 08 min efektywnej jazdy. Do tego ponad godzina przerw. A całość wygląda tak.
A od poniedziałku urlop- postanowiłem że cały będzie aktywny wiec pewnie będzie tez nieco więcej wpisów.
Pozdrawiam
P.S.
Mamy pomysł/ projekt na przyszłe wakacje- trzymajcie kciuki, może uda się zrealizować.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
