Cześć.
Ostatnio trochę mało pisałem, ale tez w sumie nie wiele się działo. Troszkę się pochorowaliśmy. Zaczęło się od Franka a prawdopodobnie od niego złapałem ja.Tyle że u mnie niestety nie obyło się bez antybiotyku. Na szczęście jutro ostatnia dawka i czas wreszcie nieco pobiegać. Tym razem złożyło się tak że z Franiem w domu została Kasia a ja nadal chodziłem do pracy- dobrze że miałem nocki- nie musiałem się martwić o to że ledwo mówię ;-). Dzięki temu wszystkiemu Kasi udało się znaleźć czas na bieganie praktycznie co drugi dzień. Raz piątka, raz dyszka. Najważniejsze że był ruch.
Przedostatni piękny weekend spędziliśmy właśnie chorzy w domu. Wszyscy pisali że grillują, wędrują, wędkują. Nam niestety zostały zabawy domowe. Jednak nie udało się zbyt długo wytrzymać leżąc plackiem i kurując się wiec zabraliśmy się z Franiem za balkonowe porządki i przesadzanie bratków.
Za jakiś czas kolejne wysiewy- pewnie się ucieszy jak przywiozę ze dwadzieścia litrów ziemi- będzie się czym bawić. A i pomoc mam przy okazji ;-).
Jak tylko puściła mnie temperatura wybraliśmy się z Tomkiem na strato. Cały czas jest progres. Tym razem ostro cisnęliśmy ze dwie i pół godziny. Tomaszowi udało się tez zrobić swoją pierwszą drogę- wycena IV. Brawo- oby tak dalej. Ja też przystawiłem się do pewnej drogi po strukturach. Dała mi naprawdę bardzo dużo radości....., ale właśnie się dowiedziałem że już jej nie ma. Dobrze że choć raz udało mi się ją zrobić.
W sobotę zabraliśmy na ściankę Maksa i Frania. Chłopaki w ramach motywacji do wspinania mieli Kinder czekoladki. Tylko że ułożone w chwytach na ściance. Maksiowi bez problemu udaje się zrobić całą wysokość. Natomiast Młody ma nadal nieco problemów z lekiem wysokości. Dochodzi do pewnego poziomu i nie jest w stanie się przełamać. Może jak zamiast czekolady przyczepie do chwytu jakieś nowe fajne autko to wejdzie :-). Trzeba będzie przetestować. A ciekawe jest to że wciągając go do góry na "huśtawce" daje się wciągnąć wyżej i nie ma problemu z wysokością. Dodatkowo nie chce być wolno opuszczanym a wręcz poczuć lot. Musze przyznać że mam zagwostkę jak przełamać w nim strach. Najważniejsze jednak jest to że chce chodzić i dobrze się tam czuje.
Tomek spróbował też swoich sił na baldziochach. Być może się mylę, ale chyba też mu się spodobało ;-). Może dorzucimy kącik boulderowy do treningów.
A z innej beczki. Odebraliśmy wreszcie z malowania Frankoński rowerek. Fakt że sporo to kosztowało, ale efekt wart jest tej ceny (jak skończymy opisze całe koszta). Dziś wiec przyszedł czas składania. Musiałem skorzystać trochę w pilnika aby usunąć pozostałości maskownic oraz farbę z miejsc gdzie było jej zbyt grubo. Chciałem pozakładać nowe wianki, ale akurat nie było takich (niestety przy odnawianiu czasem pojawia się problem z dostępnością podzespołów). Okazało się jednak że stare nie były w złej kondycji więc wróciły na swoje miejsca.
Kolejny argument przemawiający za tym aby robić dużo zdjęć przy takich odnowach. Mogłem spokojnie sprawdzić czy wszystko poprawnie składam ;-).
Po złożeniu oraz z przymiarką obręczy i osłony łańcucha.
Na przedniej piaście widnieje wytłoczony napis Romet Predom. Z tego co kojarzę Predom to był sprzęt agd, ale piasty? A tak swoją drogą czy wie ktoś jak się ten rowerek nazywał? Niestety nie udało się odnaleźć na nim oznaczeń.
Następny etap to zaplatanie kół, trochę zakupów i dalsze składanie. Muszę przyznać że nie mogę się doczekać efektu końcowego. Strasznie lubię takie projekty.
Dziś udało nam się też wyskoczyć na spacerek. Mieliśmy tylko iść do sklepu, ale zapadała szybka decyzja że na sklepie się nie skończy. Szkoda tylko że mamuni z nami nie było, ale tak to jest w normalnych rodzinach że niektóry pracować muszą w niedziele i nie tylko. Przeszliśmy sobie spokojnie dwa i pół kilometra robiąc nieco zdjęć, wchodząc na parę drzew i wypatrując pociągów.
Wieczorkiem pobudowaliśmy jeszcze policje z lego i spajku. Zburzyliśmy zarówno auto jak i zamek własnego pomysłu i budujemy wszystko znów według instrukcji. Może za jakiś czas zrobimy małe miasteczko ;-).
Pozdrawiamy i do zobaczenia.
"Te chwile chce pamiętać gdy nadejdzie moja senna puenta Chciałbym wiecznie czuć tak wiele magii jak Tolkiena legenda."
niedziela, 9 kwietnia 2017
wtorek, 28 marca 2017
Położyłem go i zasnął ;-).
Cześć.
Plan na dziś był taki że idziemy z Franiem na ścianę. Panowie Szamanowie nie mogli więc poszliśmy sami. Po pracy odebrałem Frania z przedszkola. Do domu mamy w porywach 5 minut autem, a Młody zdążył oko przymknąć. Już wiedziałem że dziś nie było drzemki tylko pewnie ogródek. Weszliśmy na szybko do paru sklepów, później popas, dalej szybkie przepakowanie i w drogę. Pojechaliśmy z nastawieniem aby bez spiny, ale spróbować zrobić jakiś progres. Nie obyło się oczywiście bez szaleństw na materacach :-)
Franio odkrył też nowe zastosowanie dla panelu (i kolejną co za tym idzie zabawę)- tablica. Znalazł kawałek różowej kredy i rysował.
Udało nam się też zrobić dwa wejścia na małpkę z żyrafką. Franio wchodzi do około połowy ściany i pojawia się problem z lękiem wysokości. Powoli jednak udaje się go przełamywać. Udało się tym razem robić jeszcze parę ruchów. Dziś motywacją były lody czekoladowe- zadziałało :-).
Znalazłem Młodemu kolejną rozrywkę a przy okazji sposób ma oswajanie się z wysokością i przestrzenią. Po drugim wejściu nieco wystraszony wysokością usłyszał pytanie czy chce na huśtawkę. Od razu się uśmiechnął i powiedział że tak. Nieco się zdziwił jak usłyszał żeby nie zdejmował uprzęży bo będzie do huśtawki potrzebna ;-). Znalazłem liną oddaloną od ścian, wiszącą z sufitu. Ósemeczka u niego, ja asekuruje i podnoszę go w górę. Franio nie może się złapać za chwyty i polega jedynie na mnie i na linie. Bał się ale widać było że mu się podobało.
Na początek nisko- tak aby nasze głowy zrównały się wysokością. Troszkę nim pobujałem. Udało się też na jakiś czas puścić linę- wcale nie trzeba się jej tak kurczowo trzymać ;-). Finalnie osiągnęliśmy wysokość taką że brakowało mi ze 20 centymetrów aby wyprostowaną ręką złapać go za nóżkę. Cały czas też pytałem czy się boi, czy spada...... Wszystko było ok, nawet mniej lęku niż przy ścianie.
Na koniec zapytałem go też czy chce być opuszczony wolno czy trochę szybciej. Chciał szybciej- było szybciej. Oczywiście lotu swobodnego nie było, ale jak na niego nieźle. Nawet całkiem mu się spodobało. Najbardziej z tego wszystkiego cieszy mnie to że chce tu przychodzić. Nie zawsze chce się wspinać, ale lubi tu przebywać, odnajduje się. A z czasem może się to wszystko rozwinie.
W drodze powrotnej (niewiele dłuższa od opisanej wyżej) też się Młodemu oczko przymknęło, jednak po kolacji i kąpieli chyba nie zdążyłem wyjść z pokoju po położeniu go i spał. Padł jak kawka.
My tu sobie z Franulem śmigamy w pionie podczas gdy mamusia kręci korbami. Kręci dla przyjemności, ale również w celach czysto lokomocyjnych A->B. I tak też dziś po raz pierwszy pojechała rowerem do nowej pracy. W jedną stronę 15 kilometrów a do tego nie znała części trasy. Podczas gdy ja dopiero przełączałem drzemkę Kasia już wychodziła- a było 15 po piątej. Dojechała w półtorej godziny. Ja wiem że to nie rekord, ale jak na kobietę objuczoną ;-) wielkim i ciężkim plecakiem na częściowo nieznanej trasie w czasie gdy większość z nas dopiero wstaje jest naprawdę nieźle. Jeszcze tylko musi stamtąd wrócić- dobrze że plecak będzie lżejszy :-). Jak znam życie niedługo urwie ze 20 minut z tego czasu. Mam nadzieje że nam z Franiem też uda się niedługo przerzucić na rower. No i oczywiście skończyć jego rowerek.
Do zobaczenia.
Pozdrawiamy
Plan na dziś był taki że idziemy z Franiem na ścianę. Panowie Szamanowie nie mogli więc poszliśmy sami. Po pracy odebrałem Frania z przedszkola. Do domu mamy w porywach 5 minut autem, a Młody zdążył oko przymknąć. Już wiedziałem że dziś nie było drzemki tylko pewnie ogródek. Weszliśmy na szybko do paru sklepów, później popas, dalej szybkie przepakowanie i w drogę. Pojechaliśmy z nastawieniem aby bez spiny, ale spróbować zrobić jakiś progres. Nie obyło się oczywiście bez szaleństw na materacach :-)
Franio odkrył też nowe zastosowanie dla panelu (i kolejną co za tym idzie zabawę)- tablica. Znalazł kawałek różowej kredy i rysował.
Udało nam się też zrobić dwa wejścia na małpkę z żyrafką. Franio wchodzi do około połowy ściany i pojawia się problem z lękiem wysokości. Powoli jednak udaje się go przełamywać. Udało się tym razem robić jeszcze parę ruchów. Dziś motywacją były lody czekoladowe- zadziałało :-).
Znalazłem Młodemu kolejną rozrywkę a przy okazji sposób ma oswajanie się z wysokością i przestrzenią. Po drugim wejściu nieco wystraszony wysokością usłyszał pytanie czy chce na huśtawkę. Od razu się uśmiechnął i powiedział że tak. Nieco się zdziwił jak usłyszał żeby nie zdejmował uprzęży bo będzie do huśtawki potrzebna ;-). Znalazłem liną oddaloną od ścian, wiszącą z sufitu. Ósemeczka u niego, ja asekuruje i podnoszę go w górę. Franio nie może się złapać za chwyty i polega jedynie na mnie i na linie. Bał się ale widać było że mu się podobało.
Na początek nisko- tak aby nasze głowy zrównały się wysokością. Troszkę nim pobujałem. Udało się też na jakiś czas puścić linę- wcale nie trzeba się jej tak kurczowo trzymać ;-). Finalnie osiągnęliśmy wysokość taką że brakowało mi ze 20 centymetrów aby wyprostowaną ręką złapać go za nóżkę. Cały czas też pytałem czy się boi, czy spada...... Wszystko było ok, nawet mniej lęku niż przy ścianie.
Na koniec zapytałem go też czy chce być opuszczony wolno czy trochę szybciej. Chciał szybciej- było szybciej. Oczywiście lotu swobodnego nie było, ale jak na niego nieźle. Nawet całkiem mu się spodobało. Najbardziej z tego wszystkiego cieszy mnie to że chce tu przychodzić. Nie zawsze chce się wspinać, ale lubi tu przebywać, odnajduje się. A z czasem może się to wszystko rozwinie.
W drodze powrotnej (niewiele dłuższa od opisanej wyżej) też się Młodemu oczko przymknęło, jednak po kolacji i kąpieli chyba nie zdążyłem wyjść z pokoju po położeniu go i spał. Padł jak kawka.
My tu sobie z Franulem śmigamy w pionie podczas gdy mamusia kręci korbami. Kręci dla przyjemności, ale również w celach czysto lokomocyjnych A->B. I tak też dziś po raz pierwszy pojechała rowerem do nowej pracy. W jedną stronę 15 kilometrów a do tego nie znała części trasy. Podczas gdy ja dopiero przełączałem drzemkę Kasia już wychodziła- a było 15 po piątej. Dojechała w półtorej godziny. Ja wiem że to nie rekord, ale jak na kobietę objuczoną ;-) wielkim i ciężkim plecakiem na częściowo nieznanej trasie w czasie gdy większość z nas dopiero wstaje jest naprawdę nieźle. Jeszcze tylko musi stamtąd wrócić- dobrze że plecak będzie lżejszy :-). Jak znam życie niedługo urwie ze 20 minut z tego czasu. Mam nadzieje że nam z Franiem też uda się niedługo przerzucić na rower. No i oczywiście skończyć jego rowerek.
Do zobaczenia.
Pozdrawiamy
sobota, 18 marca 2017
Frankoński rowerek część 2, ale nie tylko.
Witam.
Czwartek mieliśmy dniem wolnym i w planach parę spraw do załatwienia. Postanowiliśmy więc że pojedziemy na rowerach. Fakt- przegięliśmy trochę z dystansem. Kasia jeździ już trochę, ale ja wsiadłem pierwszy raz w tym sezonie więc 36 km jak na początek to nieco za dużo.
Do tej pory czuje siodło na odzwyczajonym tyle ;-). Mam nadzieje że niedługo zrobi się na tyle ciepło że będę mógł Frania wozić do i z przedszkola.
W piątek za to Kasia pojechała z rana do pracy w my z Franiem do moich rodziców na pozimowe sprzątanie auta oraz dalsze prace przy Frankońskim rowerku. Młody korzystał w wolnego podwórkowego wybiegu- biegał, jeździł, kopał.... co się tylko dało.
Ja za to zająłem się rozebraniem piast, oraz osi suportu, następnie myciem wszystkiego w rozpuszczalniku oraz polerką elementów niklowanych. Co do polerki chciałem robić ją kątówką, jednak okazało się że trzeba to robić albo polerką (która przypomina kątówkę) ale wiertarką z regulacją prędkości obrotów- to wszystko dlatego aby nie przepalić powłoki. Niestety nie posiadając żadnego z tych sprzętów została mi ściereczka i ręczna polerka.
Ja wiem- można było na lustro, ale jakoś nie mam cierpliwości do tak monotonnych zajęć. Myślę jednak że nie jest tak źle.
Wszystko rozmontowane na części pierwsze, umyte i gotowe do składania. Kolejny etap to piaskowanie z malowaniem a dalej montaż końcowy. Bardzo jestem ciekaw jak to wyjdzie.
W piątek udało się nawet jeszcze wyskoczyć z Tomkiem na Strato. Byliśmy co prawda tylko godzinę, ale była to bardzo intensywna godzina. Bez przerwy zrobiliśmy po jedenaście wejść. Tylko godzinka, ale udało się pozytywnie zmęczyć- trening jak to ostatnio bywa efektywny, nawet bardzo.
Pozdrawiam.
Czwartek mieliśmy dniem wolnym i w planach parę spraw do załatwienia. Postanowiliśmy więc że pojedziemy na rowerach. Fakt- przegięliśmy trochę z dystansem. Kasia jeździ już trochę, ale ja wsiadłem pierwszy raz w tym sezonie więc 36 km jak na początek to nieco za dużo.
Do tej pory czuje siodło na odzwyczajonym tyle ;-). Mam nadzieje że niedługo zrobi się na tyle ciepło że będę mógł Frania wozić do i z przedszkola.
W piątek za to Kasia pojechała z rana do pracy w my z Franiem do moich rodziców na pozimowe sprzątanie auta oraz dalsze prace przy Frankońskim rowerku. Młody korzystał w wolnego podwórkowego wybiegu- biegał, jeździł, kopał.... co się tylko dało.
Ja za to zająłem się rozebraniem piast, oraz osi suportu, następnie myciem wszystkiego w rozpuszczalniku oraz polerką elementów niklowanych. Co do polerki chciałem robić ją kątówką, jednak okazało się że trzeba to robić albo polerką (która przypomina kątówkę) ale wiertarką z regulacją prędkości obrotów- to wszystko dlatego aby nie przepalić powłoki. Niestety nie posiadając żadnego z tych sprzętów została mi ściereczka i ręczna polerka.
Ja wiem- można było na lustro, ale jakoś nie mam cierpliwości do tak monotonnych zajęć. Myślę jednak że nie jest tak źle.
Wszystko rozmontowane na części pierwsze, umyte i gotowe do składania. Kolejny etap to piaskowanie z malowaniem a dalej montaż końcowy. Bardzo jestem ciekaw jak to wyjdzie.
W piątek udało się nawet jeszcze wyskoczyć z Tomkiem na Strato. Byliśmy co prawda tylko godzinę, ale była to bardzo intensywna godzina. Bez przerwy zrobiliśmy po jedenaście wejść. Tylko godzinka, ale udało się pozytywnie zmęczyć- trening jak to ostatnio bywa efektywny, nawet bardzo.
Pozdrawiam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


